Marek Wawrzyński   

JASNOŚĆ NAD DRZEWAMI

Kiedy Marek Wawrzyński poprosił mnie o jedno zdanie na okładkę swojej książki „Na stronach” nie wydało mi się to ani łatwe, ani przyjemne. Jak określić twórczość kogoś, kto zauważa: „przelot ptaków” i dopisuje doń: „ktoś ciągle powtarza tę scenę”? Poezja ta trwa w konsekwentnym dążeniu do minimalizmu. Nie jest to haiku, jak chcą niektórzy wkładać wszystko, co poetyckie a krótkie do tej jednej, nieszczęsnej szuflady. Autor nieustannie pozostaje w jakiejś niszy, praktycznie nie zamieszcza utworów w pismach literackich, a sporadycznie wydawane tomiki trudno otrzymać inaczej niż od niego samego. Więc bardzo by się chciało dużo o tej poezji mówić, choćby to nawet było skazane na pozostanie w cieniu przedmiotu. Lecz jak mówić, by nie urazić słów, które czy aby na pewno potrzebują dopełnienia? A idzie po prostu tylko o to, by nie milczeć. Wtedy to jedno zdanie do tomiku „Na stronach” utworzyłem na zasadzie kolarzu zapisów Wawrzyńskiego: „Wiersze „o dużych, rozwartych ustach”, pochwycone „w chwili śmierci”. Ta książka jest kluczem do powrotu, bo powracać chce się do tego, co nie zostało spełnione. Jak sen, jak wspomnienie, jak chwilowa „jasność nad drzewami”.

Minęło już kilka lat od chwili, gdy przedstawiono mi Marka Wawrzyńskiego w legendarnym „Zwisie”, gdzie jest barmanem. Nie należy winić późnej pory i towarzyskiego nastroju, jaki ulatniał się ze mnie wraz z kłębami dymu papierosowego za to, że w ciągu kilkunastominutowej lektury tomiku „Spis treści” jego autor powalił mnie na kolana. Znalazłem tam bowiem coś, czego na próżno szukałem przez lata w poezji. Nie było wtedy jeszcze ostatnich tomików Beaty Szymańskiej, nie znałem dzieła Krystyny Miłobędzkiej, i w końcu nie znałem jedynego tomu poezji Grzegorza Ciechowskiego, który taka poezja wypełnia w całości. Najkrócej to określić można by ją tak: marzyłem o takiej poezji, która niczego nie przestawia, ani niczego nie stwarza na moich oczach. Byłaby ona takim parkiem, do którego wchodzę, by zobaczyć „jasność nad drzewami” i nie muszę czekać aż one wyrosną. I taka właśnie jest poezja Marka Wawrzyńskiego; tak od razu jest, jakby nigdy nie była pisana. Tomik „Spis treści” wieńczy taki absolut: „deszcz / kolor gwoździ / niebo / otwarty nóż”. Inny otwiera „Zeszyt”: „nad płytą stropu faluje / gąszcz trawy i porostów / środkiem cztery kolumny / ze wzorem kielicha w liściach / ściany w czarnych napisach / i schodzą zwierzęta / orzeł lew tygrys i jeleń”. To o czym mówię, to przymioty doskonałości. Prawda jednak, że kiedy analogicznie sięgniemy po płótna van Eycka, Boscha, Bocklina, czy Vermeera nie będziemy chcieli ich posądzać o szkice skoro już są i tak bardzo skończone. W przypadku poezji Marka Wawrzyńskiego mógłbym trawestować słowa z wiersza Wisławy Szymborskiej, a mianowicie: „nie podejrzewam jej o zawiły i pokreślony brudnopis”. Poeta, który kryje się w Marku Wawrzyńskim, znajduje te właściwe słowa i wstawia je w wizje, dla których nam brak dookreślenia, robi to jakby za nas, swoich czytelników.

Przewracając niemal czyste strony tomików „Spis treści”, „Zeszyt”, „Na stronach”, czy najnowszego „Wiersze zbiorowe”, z kilkuwersowymi zapisami (bywa też, iż jest to jeden wers, ale zawsze ten jedyny np. „Księgarnia pała zachodzącym blaskiem”) od pierwszej chwili wiemy – a o tym zawsze decyduje okamgnienie – że obcujemy z pełnią. W tym miejscu minimalizm spełnia się do końca i ważnym pozostaje jedynie to, co powiedziane, ponieważ jest całością. I czytelnikowi, poza tym obrazem, nic więcej nie jest już potrzebne. Kiedyś, to było już dawno temu, bodajże w 1988 roku, znalazłem takie wiersze w czasopiśmie zupełnie nie literackim – „Non stop”. Autorem był, jak głosił podpis, Nowakowski, a teksty datowane na 1982 rok. Nigdy później nie udało mi się ich odnaleźć w żadnym zwartym wydawnictwie. Czy to w ogóle były wiersze? Ta wiedza nie była mi wtedy potrzebna, ponieważ teksty te były p r a w d z i w e. Znacznie później zacząłem się interesować poezją i poezję czytać. Ale z takimi tekstami nie spotkałem się. Aż do chwili, gdy pamiętnego wieczoru otrzymałem od Marka Wawrzyńskiego jego „Spis treści”. Otwieram książkę, czytam: „przepoławiał się czerwiec na cichym przedmieściu / gdy wieczór rozpylał esencję żywopłotów / pies niechętnie brnął w ciemność / sprawdzając coś w trawie / gdzie w piasku zabłysnął / kapsel czy medalion”. I dalej: „wiatr rozchylał żagwie latarni / jabłka pigwy walały się na ściętej gałęzi / deszcz zatapiał osiedla / porzucone arki stały pod drzewami / chłopiec z czaszką zwierzęcą na kiju / wchodził do miasta”. Tak, to ten sam skarb. Jak gdyby tamte wypowiedziane kiedyś tym samym językiem przez Nowakowskiego prawdy nie ulotniły się i teraz na nowo były podejmowane. Najwyraźniej utkwił w mojej pamięci tekst zatytułowany „Ślad”: „Przeglądali biurko zmarłego starca. Szukali pieniędzy, złota, cennych przedmiotów. Wśród stosu listów, dyplomów, wizytówek i weksli zabłąkał się płaski, wyszlifowany kamyk nadmorski. Może z jego pierwszych wakacji? Wyrzucili do śmieci”. Inny, zatytułowany „Niepokój sumienia”: „Ptak spadł na ziemię. Miał przetrącone skrzydło. Dopadli go ludzie. Próbował dziobać i bronić się jednym skrzydłem. Kiedy go zamęczyli, popatrzyli po sobie. Jeden winił drugiego. Rozeszli się w milczeniu”. Na kolejny cytat z Nowakowskiego: „Zapytano kata dlaczego to robi. / Odpowiedział: / „Ktoś musi to robić” („Kat”) u Wawrzyńskiego znajduję jeszcze jedną odpowiedź:: „Znikąd nie widać zła, które uczynisz”. I znów Nowakowski, utwór „Z nieba”: „Wysoko krąży jastrząb. / Nieruchomieje na niebie. / I spada niby kamień. / W obejściu krzyk kury. / Jedno pisklę straciła ze swej gromadki. / Znów spokój. / Wraca poczucie bezpieczeństwa”. A Marek Wawrzyński pisze: „ptaki kotłują się między blokami / niby nad padliną lub miejscem / gdzie zaszło coś niezwykłego / ale wszystko w porządku / widzę to po ruchach przechodzącej kobiety”. – Tak, ten dialog można dopełniać. Wierzę, że przez autora „Wierszy zbiorowych” nie był inicjowany świadomie, ale czy podobne cuda nie są poezji bliskie? Słuszne było spostrzeżenie Julii Hartwig w „Błyskach”, iż podobieństwom takim należy się wdzięczność, jeżeli jest to współodczuwanie świata. Poezja, ta prawdziwa, niczego więcej przecież nie oczekuje niż współodczuwania. To jest jej jedyny cel, jeżeli – powtarzam – jest prawdziwa, jeżeli uczciwa. Marek Wawrzyński jest uczciwy w tym, co robi. Krystyna Miłobędzka w niedawnym wywiadzie dla „Tygodnika Powszechnego” podtrzymała swoją prawdę jedyną bardzo trafnie sugerując, iż dobrze byłoby, aby każdy poeta z całości zapisał tylko to, co jest jego, własne. Choćby to był jeden wers. Jest w tym zawarta pewna piękna przecież prawda, że każde istnienie może pozostać trwale, w pełni i do końca oryginalnie, do końca sobą. Wedle Miłobędzkiej poezja jest „koniecznością mówienia nowych”. Coś bardzo podobnego zapisał autor „Zeszytu”, gdzie znajduję jego credo: „trzeba się pilnować / przewrócisz stronę / a tu już ktoś inny”.

Czytam wiersze Marka Wawrzyńskiego, które wolą milczeć, nie opowiadać się, nie tłumaczyć ze swego istnienia, nie pchać się na afisz, nie brać udziału w, nie uświetniać, wiersze które wolą a ż b y ć.

Eryk Ostrowski

 

wróć do początku   

 

wróć do strony głównej