1 czerwca w kościele pod wezwaniem św. Mikołaja w Krakowie została odprawiona msza św. na 25. lecie święceń kapłańskich księdza Tadeusza Zaleskiego

FotoGaleria

© Leszek Jaranowski

 

po kliknięciu myszką 

na miniaturce zostanie 

ona powiększona

001

002

003

004

005

006

007

008

009

010

011

012

013

014

015

016

017

018

019

020

021

022

023

024

025

026

027

028

029

030

031

 

 

wróć do strony

głównej

 

KAPELAN  NOWOHUCKIEJ  „SOLIDARNOŚCI”

ks. Tadeusz ISAKOWICZ - ZALESKI

Urodziłem się 7 września 1956 r. w Krakowie.

Moim Ojcem był śp. Jan, językoznawca i pracownik naukowy Wyższej Szkoły Pedagogicznej, a zarazem bibliofil, historyk, kolekcjoner i przede wszystkim miłośnik Kresów Wschodnich; rodem z Monasterzyk w powiecie Buczacz na Tarnopolszczyźnie.

Moją Matką jest Teresa, nauczycielka języka polskiego; Ormianka z pochodzenia, która, choć urodzona w Krakowie, swoimi rodzinnymi korzeniami sięga także Kresów Wschodnich, a ściślej mówiąc Łyśca i Stanisławowa na Pokuciu. Matka i wszyscy jej krewni byli ściśle związani z Kościołem. Ozdobami tej rodziny byli arcybiskup ormiański Izaak Mikołaj Isakowicz ze Lwowa, Arcybiskup Izaak Isakowicz zwany „Złotoustym”, i ks. prałat Leon Isakowicz, proboszcz ormiański ze Stanisława i kustosz tamtejszego cudownego obrazu Matki Bożej, a także liczne grono ormiańsko- i greckokatolickich duchownych, w tym mój daleki kuzyn, ks. Stefan Moszoro-Dąbrowski, szef Opus Dei w Polsce.

Chrzest odbył się w kościele św. Mikołaja w Krakowie. Na prośbę mojej prababci po jej mężu, Tadeuszu Sławińskim, artyście rzeźbiarzu, otrzymałem na pierwsze imię Tadeusz, a po pisarzu Józefie Bohdanie Zaleskim otrzymałem na drugie imię Bohdan. Po matce odziedziczyłem ormiańską urodę, a po Ojcu humanistyczne zamiłowania. Co do odziedziczonego charakteru, to różne są poglądy. Moi obecni oponenci twierdzą, ze mam go wyłącznie po jakimś kozackim watażce lub tatarskim rotmistrzu, ale bliższa prawdy jest teoria, że kresowa mieszanka krwi polskiej, ormiańskiej i ukraińskiej dała takie a nie inne efekty.

  

na podstawie http://www.isakowicz.pl/

 

Jednym z mało znanych fragmentów oporu podziemnej „Solidarności" jest strajk w Nowej Hucie.

Przełomowy strajk

Jako uczestnik czuję się zobowiązany przypomnieć jego przebieg. Druga połowa lat 80. była czasem nie tylko pogłębiającego się kryzysu gospodarczego, ale i apatii społecznej. Ta ostatnia dotknęła też część opozycji antykomunistycznej, nawet w takim bastionie "Solidarności", jakim była Nowa Huta. W tej krakowskiej dzielnicy, po wielu rozbitych przez ZOMO demonstracjach, powoli bowiem wygasał zapał. Jedynie Duszpasterstwo Ludzi Pracy w Mistrzejowicach i Duszpasterstwo Hutników na os. Szklane Domy trwały w nieustannym oporze. Dlatego też niespodziewana wiadomość, że 26 kwietnia 1988 r. wybuchł strajk w Hucie im. Lenina, zelektryzowała wszystkich. Strajk rozpoczął w sumie jeden człowiek, nieznany dotąd nikomu Andrzej Szewczuwianiec. Nie był on działaczem podziemnych struktur związkowych, a do Nowej Huty przybył zaledwie przed paroma miesiącami. Został przywódcą strajku, ale nieufność wobec niego była duża. Nie zmieniło to jednak faktu, że strajk szybko się rozwinął głównie dzięki wyrzuconym z pracy działaczom „Solidarności", którzy w tej decydującej chwili przedostali się na teren huty. Wśród nich byli m.in. Stanisław Hadzlik, Mieczysław Gil i Jan Ciesielski (Edward Nowak pozostał na zewnątrz jako rzecznik prasowy, a Wojciech Marchewczyk z ekipą drukarzy podjął się codziennego wydawania podziemnego pisma „Hutnik"). Z kolei z terenu huty dołączyli inni działacze. Oni to właśnie, nie negując przywództwa Szewczuwiańca, przejęli strajk w swoje ręce, wpisując do strajkowych postulatów płacowych także sprawę przywrócenia do pracy innych represjonowanych działaczy związkowych.

***

Ogromną rolę w podtrzymywaniu strajku odegrało wspomniane duszpasterstwo mistrzejowickie, a zwłaszcza jego założyciel, ks. Kazimierz Jancarz, który to w święto 1 Maja, udając pacjenta w karetce pogotowia, przedostał się za pomocą tego fortelu do strajkujących, aby odprawić dla nich msze św. Jego płomienne kazanie było wielkim wzmocnieniem dla strajkującego zakładu, który już wtedy otoczony był przez oddziały ZOMO. Hutnicy prosili także o msze św. na czas dwóch kolejnych świąt, czyli na dzień Konstytucji 3 maja oraz na dzień 4 maja, kiedy to wypadało święto św. Floriana, patrona hutników. Ks. Jancarz, którego plebania była pilnowana dzień i noc przez esbeków, nie mógł już z powrotem dostać się do huty, więc poprzez posłańca poprosił mnie o przybycie do siebie. Wieczorem 2 maja przyszedłem więc do niego, a on na poczekaniu sfałszował cudzą przepustkę pracowniczą, wklejając do niej moje zdjęcie, które ostemplował pieczątką wykonaną z ziemniaka. Byłem pod tak wielkim wrażeniem jego kunsztu, że powiedziałem do niego: "Wiesz Kaziu, jak cię w końcu wywalą z tej parafii, to masz już nowy fach w rękach". Na drugi dzień, odziany w usmarowane ubranie robocze, przedostałem się do huty, instalując się w jakiejś kanciapie na Walcowni Zgniatacz, gdzie była siedziba komitetu strajkowego. Dzięki nieocenionemu o. Niwardowi Karszni, cystersowi, który dostarczył komunikanty i paramenty liturgiczne, 

foto: Andrzej Stawiarski

odprawiłem w sumie cztery msze św., jeżdżąc wózkiem widłowym od wydziału do wydziału. W nabożeństwach brało udział kilka tysięcy osób.

***

2 maja wybuchł strajk solidarnościowy w Stoczni Gdańskiej, a 4 maja do Nowej Huty przyjechali delegaci Episkopatu Polski w osobach Jana Olszewskiego, Andrzeja Stelmachowskiego i Haliny Bortnowskiej. Ich rozmowy z dyrekcją były obiecujące, więc wszyscy po wielonocnych czuwaniach poszli spać. Nie doceniono jednak perfidii władz komunistycznych, które 5 maja o godz. 2.00 przy użyciu ZOMO zaatakowały hutę. Zdążyłem uciec na suwnicę, skąd widziałem niesamowitą brutalność atakujących, którzy nie oszczędzali nawet kobiet. Część członków komitetu strajkowego została aresztowana, część schroniła się u ojców cystersów, którzy ukrywających się poprzebierali w stroje zakonne. W Mistrzejowicach od razu zaczął działać Wikariat Solidarności (wzorowany na analogicznej instytucji w Chile), który udzielał pomocy aresztowanym i wyrzuconym z pracy. W hucie natomiast nastąpił strajk absencyjny. Konsolidacja społeczeństwa nowohuckiego była ogromna i w końcu władze musiały ustąpić, wypuszczając aresztowanych i przywracając działaczy związkowych do pracy, w czym była duża zasługa mec. Andrzeja Rozmarynowicza, bezkompromisowego obrońcy w sprawach politycznych. Strajk w hucie był wielkim przełomem i w dużym stopniu przyczynił się do powstania Okrągłego Stołu. Teraz, po 20 latach, należy oddać hołd tym hutnikom, którzy podjęli wówczas walkę, a których zasługi do dziś nie zawsze są docenione, a wielu z nich żyje w złych warunkach materialnych. To dzięki ich odwadze możemy się cieszyć wolną Polską.

  ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski

Gazeta Polska, 23 kwietnia 2008 r.

 

fragment książki ks. Tadeusza „Moje życie nielegalne”

Przyszli, żeby zabić

Pierwszy napad był jednym z punktów zwrotnych w moim życiu. Przede wszystkim przestałem być anonimowy, zacząłem być osoba znaną, rozpoznawaną. Zrozumiałem, że nigdy już nie będę mógł funkcjonować jako tak zwany normalny ksiądz, to zna­czy nie będę zwykłym wikarym, proboszczem. Zawsze, jak cień, będzie mi towarzyszyć wspomnienie tej sprawy. W dodatku, co tu kryć, uraz po napadzie został. Kto wie, jak to się mogło skoń­czyć? Przez długi czas bałem się sam chodzić, zawsze ktoś mi to­warzyszył. Już nie wracałem po nocy autobusami, ale odwożono mnie z Mistrzejowic samochodem. Organizował mi tę ochronę Jacek Smagowicz. Byłem pełen podziwu dla niego i innych kolegów z Solidarności, ale jednak źle znosiłem ten brak swobody.

 

Drugi napad

Stopniowo wciągnąłem się w robotę opozycyjną i przestałem myśleć o możliwych konsekwencjach. Dlatego drugi napad był dla mnie kompletnym zaskoczeniem.

4 grudnia 1985 roku wybierałem się do Warszawy na spot­kanie z mecenasem Janem Olszewskim i Janem Józefem Lipskim z KOR-u. Dzień wcześniej rozmawiałem z nimi przez telefon, kupiłem też bilet na pociąg, bo miałem zamiar jechać ekspresem o szóstej trzydzieści. Chciałem się ich poradzić, co robić dalej w swojej sprawie, to znaczy, czy mogę pozwać władze państwowe – i kogo konkretnie – za naruszenie moich dóbr osobistych (chodziło o podanie do publicznej wiadomości, na co jestem chory).
Położyłem się spać około jedenastej. W środku nocy obudziło mnie puknie do zewnętrznych drzwi.
Nałożyłem na piżamę sweter i sztruksowe spodnie i wyszedłem na korytarz. Zapytałem, kto tam. Kobiecy głos odpowiedział, że pogotowie ratunkowe. Uchyliłem drzwi i zobaczyłem bardzo młodą kobietę ubraną w fartuch lekarski. Powiedziała, że ksiądz Kolarski miał zawał serca, leży w karetce i chce się ze mną widzieć. Zdjąłem łańcuch i otworzyłem drzwi.

Dalej wszystko potoczyło się jak w koszmarze. Do mieszkania wpadli dwaj mężczyźni, jeden z nich też miał na sobie biały fartuch. Ten właśnie mężczyzna przystawił mi do głowy pistolet, kazał odwrócić się do ściany i powiedział, że jeśli wezwę pomocy, „stary (czyli ksiądz Boćkowski, który nadal mieszkał obok mnie) dostanie po głowie". W ciągu kilku sekund przeleciało mi wtedy przed oczami całe życie. Czułem, że to koniec. Nogi miałem miękkie, nie mogłem się poruszyć.

Napastnicy zgasili światło w korytarzu i zapalili latarki. Potem gazą zakneblowali mi usta i kablem od czajnika elektrycznego związali mi z tyłu ręce, robiąc równocześnie pętlę na szyi. Gdy tylko próbowałem poruszyć rękami, pętla się zaciskała i zaczynałem się dusić. Usłyszałem polecenie: „Idziemy do samochodu".

Rzuciłem się na ziemię, zacząłem się trząść i kopać nogami, udając atak epilepsji. To nie była kalkulacja, tylko odruch. Podświadomie wiedziałem, że muszę coś zrobić, że nie mogę z nimi wyjść z mieszkania. Przypuszczam, że nie byli przygotowani na taki obrót sprawy. Spodziewali się, że mnie bez trudu wyprowadzą. A kiedy „dostałem ataku", zrobiło się zamieszanie. Zaczęli mnie szarpać, jeden podniósł mnie za włosy i kilka razy uderzył ręką w twarz, prawdopodobnie chcąc mnie ocucić. W końcu wzięli mnie we dwóch i podnieśli. Szarpnąłem się jeszcze raz, pętla na szyi mocniej się zacisnęła i zemdlałem.

Kiedy odzyskałem przytomność, leżałem na podłodze w swoim pokoju, nadal z pętlą na szyi i wykręconymi rękami. Napastników już nie było. Poruszyłem się. Poczułem, że leżę w jakiejś lepkiej mazi, usłyszałem też chrobot potłuczonego szkła. Było ciemno. Wyczołgałem się na korytarz i zacząłem nogami walić w drzwi prowadzące do mieszkania księdza Boćkowskiego. Niestety nie obudził się. Wtedy, opierając się o futrynę, wstałem i zrobiłem kilka kroków w stronę drzwi. Ale podłoga była śliska, zalana jakimś płynem. Poślizgnąłem się i rymnąłem jak długi. Drzwi na szczęście były uchylone. Udało mi się wyczołgać na zewnątrz i na kolanach ruszyłem w stronę budynku, w którym mieszkały siostry. Głową nacisnąłem przycisk dzwonka. Siostry otworzyły mi przestraszone, wyjęły knebel z ust, a potem próbowały rozwiązać kabel. Znów zacząłem się dusić. Wtedy jedna z sióstr przecięła go nożyczkami. Położyły mnie w rozmównicy na wersalce, przykryły pierzyną, bo byłem wyziębiony, i wezwały pogotowie, a potem zawiadomiły księdza Kolarskiego.

Karetka przyjechała bardzo szybko. Lekarz chciał mnie zabrać na ostry dyżur, ale się nie zgodziłem, bo bałem się, że może to być kolejny podstęp. Zaraz zjawił się mecenas Rozmarynowicz, który mieszkał na sąsiedniej ulicy, i powiadomił o zdarzeniu milicję. Potem przyjechał Jancarz. Pierwsi funkcjonariusze pojawili się dopiero około szóstej trzydzieści, czyli przeszło godzinę po zawiadomieniu. Ekipa dochodzeniowa przyjechała jeszcze później. Pies tropiący zjawił się dopiero po siedmiu godzinach od wezwania. Mimo ponagleń Rozmarynowicza milicjanci pracowali opieszale. Widać było, że śledztwo i tym razem będzie prowadzone niestarannie.

Mój pokój wyglądał jak pobojowisko. Na podłodze rozlano kompot truskawkowy, kosmetyki, rozsypano kawę, porozrzucano książki, gazety, ubrania, przewrócono piecyk elektryczny, porozbijano szklanki. Widać było, że sprawcy chcieli koniecznie pozacierać ślady i zneutralizować zapachy.

Napad był dobrze przygotowany. Napastnicy znali układ domu, wiedzieli, że nikogo nie zdążę zawiadomić. Dziewczyna, która mnie obudziła pukaniem, mogła nawet nie mieć dwudziestu lat. Wiedzieli, że taka młoda osoba, ubrana w fartuch lekarski, nie wzbudzi moich podejrzeń. Kiedy powiedziała, że proboszcz wezwał karetkę, bez wahania otworzyłem drzwi. Sznura do skrępowania rąk nie przynieśli ze sobą, ale wykorzystali kabel, który był w mieszkaniu. Musieli dokładnie wiedzieć, jaki to kabel, nie mogliby go użyć, gdyby był za krótki. Może byli wcześniej w tym mieszkaniu? Może ktoś im je dokładnie opisał? Przypuszczam, że chcieli mnie wyciągnąć, żeby upozorować na przykład wypadek samochodowy. Gdyby do skrępowania użyli zwykłego sznura, zostałyby ślady, otarcia. Kabel w plastikowej izolacji był z ich perspektywy lepszy.

Myślę, że przyszli z zamiarem zabójstwa.

 

Podpis SB

Po wielu latach w IPN-ie odnalazła się kaseta VHS ze śledztwa prowadzonego przez SB po tym drugim napadzie. Dlaczego się zachowała? Jako ksiądz wierzę oczywiście w działanie Opatrzności. Ale widzę też inny powód: SB mogła ją traktować jako materiał instruktażowy. Chodziło o to, żeby pokazać innym funkcjonariuszom, jak należy takie rzeczy robić, jakie błędy zostały popełnione itd. Co ciekawe, powyciągano zewsząd i rozłożono na moim łóżku rozmaite podziemne wydawnictwa, nawet drugoobiegowe „dolary" z Popiełuszką i Papieżem. Po co? Nie wiadomo. Gdyby ktoś z zewnątrz obejrzał tę kasetę, od razu by pomyślał: „Aha, ksiądz opozycjonista, więc na pewno dostał po głowie od SB".

Ja sam nie pamiętam tego, żeby przy pierwszym przesłuchaniu była kamera. Potem przy wizji lokalnej już tak. Ale za pierwszym razem byłem w szoku: odpowiadałem na pytania, nie zapamiętałem jednak, że ktoś to filmował. Na filmie widać zresztą, że mimo tego szoku odpowiadam rzeczowo, nie mylę się w zeznaniach. To dla mnie bardzo ważne. W śledztwie żadnego z faktów, które opisałem, nie zakwestionowano. Były potem rozpuszczane rozmaite plotki na temat tego wydarzenia, ale nawet „ustawiane" śledztwo nie podważyło tego, co wówczas powiedziałem.

Niemniej milicja od samego początku zaczęła mataczyć. „Sprawdzano" dwie różne wersje. Pierwsza z nich brzmiała: to zrobiła bojówka Solidarności przy mojej pomocy. Próbowano udowodnić, że sam się związałem, potem – że ktoś związał mnie za moją zgodą. To się nie bardzo udawało, więc pojawiła się druga wersja: że to był napad kryminalny. Ale i ona miała marne podstawy, bo po co napadać na księdza, który mieszka w maleńkim pokoiku i nie ma żadnych wartościowych rzeczy. W dodatku napastnicy nawet nie ruszyli paczek z darami, które siostry przechowywały w korytarzu. Gdyby esbecy wierzyli w prawdziwość którejkolwiek z tych wersji – mówił mecenas Rozmarynowicz – to zrobiliby wszystko, żeby dopaść sprawców. Mieli potężny aparat, ogromne możliwości. Nie ma zbrodni doskonałej; gdyby to rzeczywiście była solidarnościowa prowokacja, na pewno wpadliby na jakiś ślad. Śledczy kręcili, nie wykonywali swoich obowiązków, bo wiedzieli, że obie wersje to lipa. Nigdy nie zdecydowano się na sporządzenie portretu pamięciowego sprawców, choć i Rozmarynowicz, i ja wiele razy na to naciskaliśmy (widziałem dwoje z trójki sprawców). Gdyby nie stała obecność Rozmarynowicza, być może już na samym początku próbowaliby coś zamataczyć. Ale on przez cały czas patrzył im na ręce.

W każdym razie bezpieka szukała dowodów, że napad był sfingowany. Podobno (wiem to od Rozmarynowicza) przez pewien czas rozważała nawet oskarżenie mnie o oszustwo. Zachowane akta śledztwa pokazują jednak, jak po kolei wszystkie próby podważenia moich zeznań spalają na panewce. Eksperymenty, które bezpieka przeprowadzała, nie dowiodły założonej tezy, że to prowokacja. Przesłuchano mnóstwo ludzi, ale nic konkretnego z tego nie wyniknęło. Naciskano na lekarzy, żeby zmienili zeznania. Naciskano na siostry. W przypadku sióstr chodziło o sposób, w jaki byłem związany. SB nie próbowała w ogóle szukać sprawców, tylko skupiła się na kwestionowaniu różnych detali. Siostrom sugerowano, że inaczej przecięły kabel, niż to miało miejsce w rzeczywistości. Ale siostry uparcie mówiły prawdę. Potem Instytut Kryminalistyki potwierdził ich słowa: przecięty kabel można przecież połączyć i zawiązać na manekinie.

W końcu, z dwojga złego, przyjęto wersję napadu kryminalnego, umarzając jednocześnie sprawę z powodu niewykrycia sprawców.

Samo to, że milicja przyjechała tak późno, może być pośrednim dowodem, kto stał za tym napadem. Jeżeli milicja nie stawia się od razu na miejscu przestępstwa i nie podejmuje czynności zabezpieczających, to znaczy, że ma coś do ukrycia. Oczywiste jest przecież, że tam, gdzie coś się stało, pojawią się ludzie, nawet przypadkowi. Zaraz obok sióstr było przedszkole, rodzice odprowadzali dzieci, masę ludzi się zatrzymywało, dopytywało. Zanim zaczęto cokolwiek sprawdzać, zadeptano – podobnie jak za pierwszym razem – wszystkie ewentualne ślady.

Oczywiście nie wierzę w to, że w pewnym momencie w Wydziale IV SB przełożony powiedział kilku podwładnym: „Zróbcie z tym Zaleskim porządek!". Wydział IV zebrał potrzebne informacje, może nawet zaplanował, co zrobić, ale całą akcję przeprowadzili ludzie z zupełnie innej komórki. Może grupa specjalna, podobna do słynnej grupy „D"? Po wykryciu sprawców zabójstwa księdza Popiełuszki bezpieka musiała wymyślić jakieś nowe metody działania siłowego. Było oczywiste, że przy każdym kolejnym pobiciu czy zabiciu jakiegokolwiek księdza pierwsze podejrzenia padną na SB. Trzeba było tak działać, żeby zatrzeć wszelkie ślady.

Maciej Gawlikowski, autor filmu dokumentalnego Zastraszyć księdza, twierdzi, że mogły to być bandziory wynajęte przez SB. To by tłumaczyło, dlaczego się wycofali. Nowa sytuacja, nie ma przełożonego, nie wiadomo, co robić... Bicie człowieka, który ma atak, świadczy o kompletnym ogłupieniu. W końcu pozacierali ślady i uciekli.

Nie rozumiem tylko, dlaczego zostawili mnie związanego „na Popiełuszkę". Liczyli, że w końcu się uduszę? Ireneusz Dańko z „Gazety Wyborczej" napisał, że to był „podpis SB". Cała Polska wiedziała, gdzie można się nauczyć wiązania człowieka w taki sposób. Czemu się „podpisali"? Tego nie rozumiem

.

Tadeusz – ksiądz poeta

dziedzictwo

 

otrzymałem w spadku ormiańską duszę 

lwowski akcent kresowy patriotyzm 

ukraińską tęsknotę za Bogiem

 

białoruski dworek protoplasty Marcina 

i jego przyjaźń z żydowskim rabinem

 

trwogę przed tatarskim zagonem 

ślady po rosyjskiej nahajce

 

obóz przejściowy na wołoskiej ziemi 

wspomnienie węgierskich honwedów

 

to całe dziedzictwo bogate i trudne 

pomoże mi być Polakiem

 

co żyjąc w łacińskiej kulturze

zachowa obywatelstwo Wschodniej Europy

 

 

 

 

 

bogdan

p.p . Włosikom

 

nocna rozmowa

 

przyszedł do mnie Konrad

przez kraty

gdy bezsennie leżałem na pryczy

a wszyscy wokoło chrapali

z dowódcą warty na czele

usiadł na betonie

 

dobrze żeś przyszedł mój bracie

może ty mi odpowiesz

czy ma sens to co robię

czy zgodne jest to z

Ewangelią świętą

jedni mówią masz rację

drudzy żem bandyta

a dusza woła

przemyśl raz jeszcze

zastanów się może nie tędy droga

a we mnie wszystko kołuje

powiedz choć słowo bo

oszaleję

a on mi pokazał swe ręce

skute

odmrożone

sybirskie

niezdolne do ukrojenia chleba

nie wrócił na noc

choć obiecał być na pewno

przed dziewiątą

kolacja czekała w kuchni 

pasztetówka na kartki 

chleb i dwa pomidory

 

mówił że będzie uważać na siebie 

że po mszy zaraz 

przyjdzie do domu

 

tajniak co strzelał do niego 

miał osiem naboi 

i w legitymacji puste miejsce 

w rubryce na odznaczenia

 

kwiaty na Grębałowie 

zakwitły jak nigdy dotąd 

choć wyrosły na cmentarzu 

są znakiem nadziei

 

 

bezsilność

Staszkowi i Andrzejowi  

 

jak Ci mam pomóc przyjacielu 

zza krat zza kolczastego drutu 

co przepoławiając rodziny 

łączy Chile z archipelagiem GUŁag

 

jak ci mam pomóc przyjacielu 

spod policyjnego buta spod pałki 

spod pręgierza bagnetu i nahajki 

bity na komisariacie 

oszukany w szkole 

otumaniony zakneblowany 

z wydartym językiem 

z piętnem wroga ludu na czole

płynie przez pokolenia potok krzywd

rzeka straconych lat

zmieniają się ustroje strach pozostaje

 

wiem że ci nic pomóc nie mogę

weź więc chustę od Weroniki

a będzie ci bandażem i flagą zarazem

  

 

film dokumentalny Macieja Gawlikowskiego i Ewy Nowickiej 

„Zastraszyć księdza”

 

Fotoreportaż dokumentujący strajki kwietniowo-majowe 1988 roku w ówczesnej Hucie im. Lenina. 

 

Zdjęcia nigdzie dotąd nie publikowane.

© Leszek Jaranowski

 

Przekaz dla pracujących poza kombinatem

25.04.1988 - Nowa Huta - fot. Leszek Jaranowski

25.04.1988 godz. 14.30 os. Hutnicze

chłopaki z „Hutnika” i „SW” powiesili transparent i posypały sie ulotki

1 maja 1988 - Nowa Huta - fot. Leszek Jaranowski

Pochód 1. majowy w kombinacie do bramy głównej

1 maja 1988 - Nowa Huta - fot. Leszek Jaranowski

Pochód

1 maja 1988 - Nowa Huta - fot. Leszek Jaranowski

Pochód

1 maja 1988 - Nowa Huta - fot. Leszek Jaranowski

Pochód (śp. Kazimierz Fugiel)

1 maja 1988 - Nowa Huta - fot. Leszek Jaranowski

Pochód  (Halina - była  suwnicową)

1 maja 1988 - Nowa Huta - fot. Leszek Jaranowski

Pochód  (Halina - była też kolporterem)

1 maja 1988 - Nowa Huta - fot. Leszek Jaranowski

Pochód

1 maja 1988 - Nowa Huta - fot. Leszek Jaranowski

Pochód

1 maja 1988 - Nowa Huta- fot. Leszek Jaranowski

Pochód

1 maja 1988 - Nowa Huta- fot. Leszek Jaranowski

Pochód

1 maja 1988 - Nowa Huta- fot. Leszek Jaranowski

Pochód

1 maja 1988 - Nowa Huta- fot. Leszek Jaranowski

Pochód

1 maja 1988 - Nowa Huta- fot. Leszek Jaranowski

Pochód (S. Handzlik, M. Gil)

1 maja 1988 - Nowa Huta - os. Kalinowe - fot. Leszek Jaranowski

Msza w os. Kalinowym (Romanowski)

1 maja 1988 - Nowa Huta - os. Kalinowe - fot. Leszek Jaranowski

Msza w os. Kalinowym

1 maja 1988 - Nowa Huta - os. Kalinowe - fot. Leszek Jaranowski

Msza w os. Kalinowym

1 maja 1988 - Nowa Huta - os. Kalinowe - fot. Leszek Jaranowski

Msza w os. Kalinowym

1 maja 1988 - Nowa Huta - os. Kalinowe - fot. Leszek Jaranowski

Msza w os. Kalinowym (ulotki)

1 maja 1988 - Nowa Huta - fot. Leszek Jaranowski

Procesja z os. Kalinowego w kierunku bramy głównej HiL

1 maja 1988 - Nowa Huta - fot. Leszek Jaranowski

Patrol milicji w mieście

1 maja 1988 - Nowa Huta - fot. Leszek Jaranowski

Blokada procesji przez Zomo. Obraz Matki Boskiej został „aresztowany”

1 maja 1988 - Nowa Huta - fot. Leszek Jaranowski

Koncentracja sił w Nowej Hucie

1 maja 1988 - Nowa Huta - fot. Leszek Jaranowski

Koncentracja sił w Nowej Hucie

1 maja 1988 - Nowa Huta  - fot. Janusz Rybiński

„Gołąbek Pokoju”

(cdn)

 

RADWANOWICE 

– 26 STYCZNIA 2009

XXII Krajowy Zjazd Delegatów NSZZ "Solidarność" obradujący w październiku 2008 roku w Wadowicach podjął chwałę o nadaniu tytułu „Zasłużony dla NSZZ Solidarność” ks. Tadeuszowi Isakowiczowi Zaleskiemu.

Wręczenie okolicznościowego Medalu nastąpiło w poniedziałek 26 stycznia 2009 r. w siedzibie Fundacji im. Brata Alberta w Radwanowicach k. Krakowa. Uroczystość miała wspaniałą oprawę zarówno duchową jak i artystyczną. „Jerzy” (taki miał pseudonim ks. Tadeusz w redakcji „Hutnika”) wzruszony powiedział: „Solidarność” była kształtowana przez Kościół, ale i księża byli kształtowani przez „Solidarność”. Między innymi i ja do nich należę. 

 

 

 

 


 ©  Leszek Jaranowski

 

„Jest takie miejsce” - film (flv)

„Janek Wiśniewski” - film (flv)

fotogaleria

wróć >